Środa. Dzień wolny.

0 Flares 0 Flares ×

Dzieci mają wolne.

Cudowny gwar i piskliwe ” to ja mam”, ” to moje”, ” ty głupku oddawaj” wypełniają ciepły dom na lubuskiej wsi. Mądra matka z kubkiem kawy zbożowej zdrowej bo bez cukru, w pełnym makijażu stoi przy oknie i obserwuje swoje potomstwo. Na kuchni obiad sam się gotuje, podłogi błyszczą, pralka wiruje, świeca zapachowa dodaje sielankowego nastroju rozsyłając lawendowe wonie. Za oknem w mgielnym dniu październikowym wodospady kropel deszczowych smagają przestrzeń. Matka dotyka wypielęgnowaną dłonią z manikiurem made in ” pani od paznokci” kaloryfera co daje poczucie, uczucie i ogrzewa. Uśmiech rozpromienia jej twarz..uwielbia swój dom. Ten gwar, ten zgiełk dziecięcy, ten ład i porządek niczym nie zmącony. Uwielbia swoją idealność prawie jak z red carpet, zaradność Małgosi Rozenek, glam i blitz, szyk i poukładanie. Jest matką spełnioną…ma idealne dzieci, jest idealna..

Jak na zawołanie przybiega niespełna dwuletni, najmłodszy synek i wtula się w matczyny sweter, mięciutki jak te angorki kicające.

Matka z błogostanem na twarzy podnosi nic nie ważące 15 kilo szczęścia, ociera łzy wypielęgnowaną dłonią i sunie z dziecięciem swym przez wąski przedpokój wypełniony lawendą, zapachem kurczaka w rozmarynie i czegoś jeszcze niezidentyfikowanego, ale przyjemnie wsuwającego się w świadomość. Minąwszy korytarz bez trudu pokonuje 17 schodów i tym razem wycierając maleńki zasmarkany nosek i otwiera pierwsze drzwi na lewo.

Anielskim głosem pyta najstarszego syna o powód nieszczęścia dwulatka i dowiaduje się że ów powód siedzi w kolejnym pokoju, bo prawdopodobnie jest jeden samochodzik do podziału na dwóch, a że nikt nie wpadł na to żeby produkować dwupaki i to najlepiej samochodzików z gumy co się rozciągają w nieskończoność, chłopcy się pokłócili i starszy ze stanowczym ” to moje” oddalił się do swojego super królestwa..młodszy natomiast w bezpieczne matczyne ramiona, pokonany i bezbronny..

Idealna, piękna matka w miękkiej angorce, z makijażem, manikiurem, stąpająca w balerinkach z kryształkami po błyszczących panelach wkracza do królestwa zwycięzcy samochodowego i prosi o wyrozumiałość i dzielenie się z braciszkiem. Ten bowiem jest bezbronny i malutki, nie ma szans ze starszym i nawet jeśli prawowitym włascicielem autka jest ów starszak, to przecież braciszkowi może je odstąpić…no proszę synku…

Ku wielkiej radości idealnej matki, idealny starszak oddaje autko bez mrugnięcia okiem. Matka spełniwszy swój rodzicielski obowiązek udaje się na dół do niedokończonej kawy i okna, za którym deszcz jakże pięknie kapie…

Jak dobrze że dzieci maja wolne w ten Dzień Edukacji…można się nimi cieszyć od rana… wszystkimi…

CIĘCIE!

- Oddawaj ty głupku!!!! Mamooooo on mi ciagle wszystko zabiera, nienawidzę gooo!!! Maże mi po kartkach i psuje domek z klocków, mamo zabierz gooo!!!!

Do wrzasku powyżej dochodzi dzikie wycie dwulatka, jakis łomot, jeszcze głosniejsze wycie, stukanie i ryk najstarszego z braci, który samozwańczo przejął rolę rozjemcy.

- Możecie się obaj zamknąć???!!!

W kuchni w której podłoga przypomina wszystko tylko nie podłogę, przy oknie za którym szaro i mokro stoi matka z kubkiem kawy bardzo kofeinowej, z duzym cukrem, bardzo niezdrowej ale kij z tym. Przymyka oczy..liczy do miliona i milion jednego. Szurając kapciami co sie juz nieco rozciągnęły pokonuje niczym staruszka wąski , ciemny korytarzyk, nastepując nieuważnie na metalowa lokomotywkę o wdzięcznym imieniu Rózia. Z ust matki rozczochranej, bez makijażu a za to z pospiesznie umytymi zębami i kremikiem z sieciówki na twarzy co to ma niwelowac oznaki zmęczenia, wyrywa się bardzo nieparlamentarne słowo. Jedno. Drugie. . piłkarskie słowo, sportowe, to które ukazują zawsze wszelkie zblizenia i to jeszcze w zwolnionym tempie.

Niedawno przeczytała, ze konflikty miedzy rodzeństwem wybuchają nader często i nie należy interweniować nadmiernie. Dzieci należy uspołecznic pozwalając im na doświadczenia gniewu i niewygody posiadania rodzeństwa, przekucia to w cudowność bycia bratem czy tam siostrą. Nie nalezy rozstrzygać za dzieci, muszą się tego nauczyć same. Rozstrzyganie bowiem na korzyść którejkolwiek ze stron moze zaowocować u strony rzekomo pokrzywdzonej traumą dziecka odtrąconego.

Zajrzawszy po drodze do kotłowni, w której wielki miałowiec zasnął chyba, bo szumiał miarowo i stał w miejscu z temperaturą , matka pozwoliła sobie na jeszcze jedno nieparlamentarne słowo, które świetnie wpasowało się w nieustające wrzaski dochodzące z piętra.

Pokonała w swoim dresie domowym koloru granatowego, z miłego w dotyku pluszu ale nie tak miłego jak angorki 17 schodów. Zamknęła drzwi po lewej. Nie mając siły na dyskusję na temat zwracania się do młodszego rodzeństwa z najstarszym dorosłym prawie synem, udała się do pokoju gdzie właśnie średniak spychal z tapczanu wiszącego głowa w dół dwulatka, który wrzeszczał jak opetany.

- Nie będziesz mi psuł niczego rozumiesz?? To są moje rzeczy i ja tu mieszkam, nie ty. Wynocha do mamy , no już, wynocha!!!!!

Zanim matka zdołała otworzyć usta w celu wypowiedzenia słów rozjemczych, maluch bęcnął głową w dywan , przeturlał się pod szafę i uderzając w nią noga otworzył drzwi. Z szafy wysypały sie ubrania sprzątane przez trzy dni przez średniaka.

Matka doliczyła do dwóch milionów i jednego po czym podniosła malucha, wytarła zasmarkany nos, popatrzała na pozostałe dziecko sztuk jeden płci męskiej i cicho westchnęła, po czym usiadła na tapczanie na którym obrażony średniak manifestował swoje niezadowolenie burcząc pod nosem epitety na rodzeństwo młodsze.

Z kotłowni wydobył się kłąb czarnej sadzy, osiadając na podłodze i nizszych partiach schodów. Zapach miału wdzierał sie w nos,mieszając z innym,niezbyt przyjemnym, w zasadzie okropnym, smrodliwym..

Dwulatek wtuliwszy sie w matczyny osmarkany dres szepnął że ma kupę.

W kuchni przypalał sie kurczak. Ziemniaki kipiały bawiąc się z palnikiem gazowym w syczonego. Piec miałowy buchał i buchał jakby się śmiał..Za oknami ciepłego domu wsi lubuskiej lało i lało, wiało i zimniło.\Matka wstała i majac w głebokim powazaniu czy ktos usłyszy czy nie otworzyła usta i wydała z siebie najdzikszy z dźwieków matczynych. Wrzask przekraczjacy decybelami wszelkie normy społeczne, wychowawcze, traumatyczne i inne, po czym uśmiechnęła się do dzieci wpatrzonych w nia jak w obraz i powiedziała:

- Albo bedzie spokój, albo będzie dramat. Wybierajcie.

Po czym zeszła z góry pozostając jak najbardziej w zgodzie z autorka artykułu o konfliktach miedzy rodzeństwem. Komunikat był jasny. Mają wybór. A że całe zycie opiera się na jakichś wyborach dobrze zacząć w swoim pokoju, mając lat 2 i 8.

Zamknąwszy drzwi kuchenne matka stanęła przy oknie i dopiła kawę. Po czym rozpłynęła się jak mgła babioletnia pozostawiając za soba cały ten syf rodzicielski, kupe dwulatka, samochodzik, sadzę i fochy sredniacze.

Jutro i tak bedzie czwartek.